top of page

Poza planem

Co zmienia angielski, kiedy chcesz podróżować na własnych zasadach

Niektórych z najlepszych rzeczy, które przydarzyły mi się w podróży, nie dałoby się wcześniej zarezerwować.

Nie było ich w planie.

Niekoniecznie były w przewodniku.

Czasami zaczynały się od czegoś tak zwyczajnego jak rozmowa z drugim człowiekiem.

A potem od jeszcze jednego pytania.

Nie mam nic przeciwko zorganizowanym wycieczkom.

Sama z nich korzystam.

Czasami są fascynujące. Czasami wygodne. Czasami są po prostu najlepszym sposobem, żeby czegoś doświadczyć.

Różnica pojawia się gdzie indziej.

Czy wybieram zorganizowane doświadczenie dlatego, że właśnie tego chcę — czy dlatego, że wszystko poza nim wydaje mi się niedostępne?

Joanna Carr podczas konnej przejażdżki w Kapadocji o zachodzie słońca

Bo kiedy wiesz, że potrafisz się porozumieć, inaczej poruszasz się po świecie.

Możesz zmienić zdanie.

Zmienić plan.

Zapytać kogoś, gdzie pojechałby na Twoim miejscu.

Pójść za rekomendacją.

Poradzić sobie, kiedy coś pójdzie nie tak.

Wsiąść do pociągu bez potrzeby, żeby ktoś wcześniej zorganizował Ci każdy etap podróży.

I — być może najważniejsze — możesz rozmawiać z ludźmi również wtedy, kiedy niczego od nich nie potrzebujesz.

Właśnie tak zaczęły się niektóre z moich ulubionych wspomnień z podróży.

W Kapadocji jedna rozmowa zaczęła prowadzić do następnej.

Zaczęłyśmy rozmawiać z właścicielem kawiarni.

Nie dlatego, że coś poszło nie tak. Nie dlatego, że potrzebowałyśmy pomocy.

Po prostu rozmawialiśmy.

Gdzieś w tej rozmowie pojawił się krewny, który znał kogoś innego.

I nagle pojawiła się możliwość konnej przejażdżki o zachodzie słońca za ułamek ceny, której się spodziewałyśmy.

Potem było rodzinne ranczo.

Moja córka poznająca kucyki i szczeniaki.

Miejsce, do którego zaczęłyśmy wracać na gözleme.

Joanna Carr z córką na rodzinnym ranczu z końmi w Kapadocji

Ludzie, którzy jeszcze chwilę wcześniej byli obcymi, zaczęli traktować nas mniej jak kolejne turystki, a bardziej jak osoby, które już znają.

Ktoś zawiózł nas do restauracji prowadzonej przez znajomych.

Tam z kolei zostałyśmy przyjęte jak wyjątkowi goście.

Posmakowały nam przyprawy używane w jedzeniu, więc zaczęłyśmy o nie pytać.

Okazało się, że sprowadzają je z Syrii.

Przed wyjściem dostałyśmy ich całą torbę.

My zostawiłyśmy im tureckie liry, które jeszcze nam zostały.

W którymś momencie przestało to przypominać serię transakcji między turystą a usługodawcą.

Zostały po prostu spotkania między ludźmi.

A najbardziej niezwykłe jest to, że żadna z tych rzeczy nie istniała w naszym planie, kiedy budziłyśmy się tego ranka.

Nie było pakietu:

kawiarnia + czyjś krewny + konie o zachodzie słońca + ranczo + kucyki + szczeniaki + gözleme + podwózka + syryjskie przyprawy + ludzie, których będziemy później wspominać.

To wszystko powstało dlatego, że jedna rozmowa mogła zamienić się w kolejną.

I właśnie tę część podróżowania otwiera dla mnie język.

Oczywiście angielski przydaje się, kiedy trzeba zameldować się w hotelu albo znaleźć właściwy peron.

Ale to najmniej interesująca część.

Angielski daje mi dostęp do ludzi.

A ludzie dają nam dostęp do miejsc, historii, rekomendacji, humoru, zaproszeń i możliwości, których niekoniecznie znajdziemy w oficjalnej wersji danego miejsca.

Bardzo często żadna ze stron tej rozmowy nie pochodzi z Wielkiej Brytanii ani ze Stanów Zjednoczonych.

Angielski może być drugim albo trzecim językiem dla nas obojga.

Jest po prostu językiem, w którym nasze światy mogą na chwilę się spotkać.

I to interesuje mnie znacznie bardziej niż mówienie perfekcyjnie.

Niezależność nie oznacza odrzucania tego, co zorganizowane.

W Laponii świadomie wybrałyśmy zorganizowaną przejażdżkę psim zaprzęgiem.

Chciałam właśnie tego doświadczenia, które ktoś wcześniej dla nas przygotował.

Ale zaczęłyśmy rozmawiać z ludźmi, którzy je organizowali.

Przejażdżka w końcu się skończyła.

Rozmowa nie.

Poznałyśmy również psy, które były już na emeryturze — te, które nie brały udziału w doświadczeniu przygotowanym dla turystów.

Joanna Carr z psami husky podczas zimowej podróży do Laponii

Zostałyśmy dłużej.

Piłyśmy glögi.

Rozmawiałyśmy do późna.

To, za co zapłaciłyśmy, było wspaniałe.

Ale część tego, co pamiętam najlepiej, wydarzyła się już po zakończeniu oficjalnego programu.

Angielski nie zastąpił planu.

Pozwolił nam wyjść poza jego granice.

Czasami ta wolność jest znacznie bardziej praktyczna.

Zdarza mi się podróżować z córką i moją mamą.

Trzy pokolenia potrafią mieć trzy zupełnie różne pomysły na to, co powinno wydarzyć się za chwilę.

Ktoś jest zmęczony.

Ktoś chce kawy.

Ktoś chce zostać dłużej.

Ktoś właśnie zauważył coś ciekawszego dwadzieścia kilometrów dalej.

Zmienia się pogoda.

Pociąg nie przyjeżdża.

Dziecko nagle czegoś potrzebuje.

Miejsce, które miało zachwycić, okazuje się rozczarowaniem, a gdzie indziej planowana godzina zamienia się w cały dzień.

Kiedy potrafisz się porozumieć, plan może pozostać tym, czym powinien być:

możliwością, a nie ograniczeniem.

Możesz zapytać.

Zadzwonić.

Przełożyć rezerwację.

Znaleźć inną drogę.

Zostać jeszcze jedną noc.

Wyjechać wcześniej.

Rozwiązywać rzeczy po drodze.

W takich podróżach szczególnie mocno czuję wartość tej swobody.

Ale nie chodzi o podróżowanie w trzy pokolenia.

To tylko jedna z sytuacji, w których jej doświadczyłam.

Chodzi o coś większego:

możliwość podróżowania na własnych zasadach — niezależnie od tego, z kim podróżujesz.

Dlatego „angielski w podróży” nie kojarzy mi się z listą gotowych zwrotów.

Oczywiście potrzebujesz słownictwa.

Musisz umieć zadać pytanie.

Zrozumieć odpowiedź.

Poradzić sobie z transportem, noclegiem, pieniędzmi i całą zwyczajną logistyką podróży.

Ale ostatecznie chcę, żeby język dawał Ci coś większego niż umiejętność poprawnego przeprowadzenia tych kilku transakcji.

Chcę, żebyś mógł znaleźć się w nieznanym miejscu i pomyśleć:

Poradzę sobie.

Wybrać zorganizowaną wycieczkę, bo wygląda fantastycznie.

Albo jej nie wybrać.

Wieczorem zmienić plan na następny dzień.

Zagadać do właściciela kawiarni.

Zadać drugie pytanie.

Pójść za czyjąś rekomendacją.

Odkryć, że człowiek, z którym właśnie rozmawiasz, zna kogoś, kto zna kogoś.

I znaleźć się w miejscu, którego nie dałoby się wcześniej wpisać do planu.

Angielski nie może Ci tego zagwarantować.

Znajomość języka nie sprawi, że każdy napotkany człowiek będzie interesujący.

Nie sprawi, że każda podróż stanie się przygodą.

Nie zamieni każdego obcego człowieka w przyjaciela.

I oczywiście nie oznacza, że wszędzie spotkasz ludzi mówiących po angielsku.

Ale zwiększa liczbę drzwi, do których możesz zapukać.

Czasami za nimi jest coś bardzo małego.

Rozmowa.

Rekomendacja.

Torba przypraw.

Czasami cały wieczór, którego nie planowałeś.

A czasami zmienia się cała podróż.

Dokąd pojechałbyś, gdyby język nie był częścią decyzji?

Jeśli chcesz, żeby angielski dawał Ci więcej niezależności w podróży — a nie tylko większy zasób „zwrotów na wakacje” — możemy pracować nad językiem i umiejętnościami komunikacyjnymi wokół sytuacji, z którymi naprawdę chcesz radzić sobie samodzielnie.

bottom of page